Pobierz

Długość śladu

234,1 km

Suma

3 266 m

Poziom trudności

Trudny

zejść

2 972 m

Max elevation

1 012 m

Trailrank

25

Min elevation

217 m

Trail type

One Way
  • Zdjęcie 1990 r. Pierwsza wyprawa rowerowa
  • Zdjęcie 1990 r. Pierwsza wyprawa rowerowa
  • Zdjęcie 1990 r. Pierwsza wyprawa rowerowa
  • Zdjęcie 1990 r. Pierwsza wyprawa rowerowa
  • Zdjęcie 1990 r. Pierwsza wyprawa rowerowa
  • Zdjęcie 1990 r. Pierwsza wyprawa rowerowa

Współrzędne

1464

Uploaded

22 września 2019

Recorded

września 2019

Live Tracking

Share your location with friends and loved ones during an activity.

Get Wikiloc Premium Upgrade to remove Ads
Live Tracking Live Tracking
Be the first to clap
Share
-
-
1 012 m
217 m
234,1 km

Obejrzane 111 razy, pobrane 1 razy

w pobliżu Lednica Niemiecka, Województwo małopolskie (Rzeczpospolita Polska)

Szaleństwo rowerowe rozpętało się właściwie przez przypadek. W 1990 r. sprzedałem mój wysłużony motorower Simson i kupiłem okazyjnie dobrą, lekką, szosową kolarzówkę. No i spodobało się :)

Na wakacjach tegoż roku wraz z moim kumplem postanowiliśmy sprawdzić sprzęt i siebie samych. Postanowiliśmy wyjechać na swoją pierwszą kilkudniową wyprawę rowerową. Trasa miała przebiegać początkowo Pogórzem Wielickim a potem miało się okazać co dalej. Pierwsze pakowanie nie było rewelacyjne. Właściwie oprócz moich doświadczeń w pieszych wyprawach turystycznych po górach nie wiedziałem co nas może spotkać na rowerach. Wzięliśmy właściwie tylko to co niezbędne, czyli śpiwory, namiot, karimaty, trochę żarcia i dużo liny do powiązania tego wszystkiego razem. Jak się potem okazało po pierwszych wertepach trzeba było oczywiście wiązać na nowo wszystko inaczej. Wyglądaliśmy raczej jak osadnicy z tobołami z każdej strony. Ale chęci pozostały niezmącone. Po drodze odwiedziliśmy starego kumpla ze szkoły przesiadując u niego pół dnia i zajadając się świeżymi czereśniami. W końcu poszliśmy po rozsądek i wreszcie wyruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Trasa biegła z Wieliczki poprzez Gdów, potem jakimiś drogami polnymi w kierunku Tymbarku. Pod wieczór zaczęliśmy się zastanawiać nad miejscem noclegowym. Przyszło nam do głowy że chyba dobrze będzie zapytać tamtejszego księdza o możliwość rozbicia namiotu na plebani. Tam chyba przecież byłoby bezpiecznie. Szukając długo księdza zauważyliśmy dziwne jak wtedy dla nas obrzędy. Do proboszcza przychodziły różne panie i po kolei wykonywały chyba stałe dla nich czynności, czyli sprzątanie, czyszczenie, pranie itp. Wyglądało na to, że każdy z tej wsi musiał coś u księdza odpracować. Potem się okazało, że ksiądz należy jednak do osobników mających bardzo wysokie mniemania o sobie. Oczywiście nie było mowy o rozbiciu namiotu w parafialnym ogródku bo by się księdzu trawa zmięła. Odesłał nas po prostu z kwitkiem. W zasadzie nie mając wyboru chodziliśmy po wsi szukając jakiegoś przyzwoicie wyglądającego domostwa. Trafiliśmy na bardzo miłą rodzinkę. Pozwolili rozbić się pod domem w ogródku, poczęstowali herbatką. Udostępnili wodę.

Wstaliśmy następnego dnia w pięknej pogodzie. Obowiązkowe śniadanko, pakowanie tobołów oraz na koniec zrobiliśmy w rewanżu zdjęcia dzieciom właścicieli z solenną obietnicą, że jakoś im te zdjęcia potem przyślemy :) Oczywiście gdzieś zgubiliśmy adres...

Wyruszyliśmy na skróty przez Beskid Wyspowy do Kamienicy. W niej stanęliśmy w kolejce po pyszne ówczesne lody, czyli Lody Calypso :) Za Szczawą zaczął się morderczy podjazd do Mszany Dolnej. Po długim podjeździe wreszcie mogliśmy pognać w dół. Po drodze okazało się, że w ferworze prędkości wypadła mi z roweru karimata a chłopaki jadący za nami samochodem nie mogli nas dogonić, żeby oddać nam za przysłowiowe pifko karimatę. Przelecieliśmy Mszanę, pomknęliśmy w kierunku Rabki i dalej na Chyżne. W Jabłonce zaczęliśmy ponownie szukać noclegu. Trafiło nam się spore gospodarstwo i ponownie mili ludzie. Na wieczór serwis rowerków, kolacyjka i spać.

Kolejny dzień wstał pochmurny. W lekkim deszczyku poszusowaliśmy na przełęcz Krowiarki. Na podjeździe minęli nas dwaj brytyjczycy zjeżdżający w dół na świetnie przygotowanych rowerach z ekwipunkiem. Popatrzyli na nas z litością dając na do zrozumienia, że czeka nas coś strasznego. Nie zrażeni tym drałujemy coraz wolniej pod górę. Po sporej męczarni dojeżdżamy wreszcie na przełęcz i robimy wyżerkę. Potem już tylko w dół ! Pofrunęliśmy do Zawoi. Tam odbijamy w lewo z powrotem do góry w kierunku Małej Babiej. Dojeżdżając prawie do ostatnich domów zaczynamy szukać miejsca na biwak. Ponownie udaje się ulokować u miłych ludzi. Dają się umyć, kupujemy świeże mleko, kolacyjka na butli gazowej i spać.

Poranek wstaje słoneczny. Pakujemy bagaże i zabieramy rowery w ręce pchając je cały czas po coraz bardziej stromym podejściem. Kolarzówki niestety to ciężki sprzęt do pchania pod górę więc mozolnie na zmianę pchając i kręcąc wdrapujemy się na przełęcz Przysłop. Wiadomo, człowiek młody to ambitny więc za wszelką cenę chcieliśmy wjechać a nie wyjść. Nie pomagały w tym przełożenia szosowe. Ale dało radę :) Na przełęczy lekki odpoczynek i przed nami zjazd w kierunku Żywca. Zjazd był typowo hardkorowy, kamienie i błoto, ale czuliśmy się w swoim żywiole. Mokre kamienie nie pomagały nam w tym. Koła ciągle uskakiwały czy to w wodę, czy na skały. Na szczęście typowo górski odcinek kończył się na początku pierwszej wsi więc dalej poszło już całkiem fajnie. W Jeleśni robimy przystanek na szybki obiadek w ulubionej naszej karczmie. Robimy małe zakupy na dalszą drogę i znikamy bo czeka nas sporo kilometrów. Mijamy Żywiec, robimy sobie kilka fotek nad Jeziorem Żywieckim i z coraz większym niepokojem spoglądamy na góry, w których jest Przełęcz Salmopolska. Wspinamy się coraz wolniej, obrót za obrotem, by wreszcie osiągnąć ostatni szczyt naszej wyprawy. Cóż to była za radość szaleńczego zjazdu, wszystkie opory i zmartwienia uleciały z wiatrem we włosach, całe zmęczenie pozostało na górze. My szczęśliwi dobijamy do dworca kolejowego we Wiśle i pakujemy się do pociągu do domu. W pociągu jesteśmy tak podekscytowani wspaniałą przygodą, którą sobie sami zapewniliśmy, że prześcigamy się w pomysłach na kolejne wyjazdy. Z jednej strony żal, że nie jedziemy dalej i plujemy sobie w brody, że nie wzięliśmy więcej urlopu ale obiecujemy sobie, że kolejny wyjazd to już tylko kwestia czasu.


PS.
Kiedy po latach odnalazłem negatyw z tej wyprawy i zdjęcia tych obiecanych dzieci, postanowiłem spróbować je odnaleźć. Adres zatarł się w pamięci i miejsce noclegu również. Znałem kilka osób ze Słopnic k/Limanowej (tam, gdzie nocowaliśmy) i próbowałem poprzez nie odnaleźć już dorosłe „dzieci” podsyłając ich zdjęcia. Niestety nikt się nie przyznał do siebie. Może kiedyś uda się dotrzymać słowa i przekazać zdjęcia dzieciaków :)

PS2
Nasze rowery to na pewno jeden Romet Mistral – przyjaciela a mojego już nie pamiętam. To była jakaś trochę lepsza kolarzówka.

Komentarze

    You can or this trail